Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Sytuacja związków zawodowych w Polsce

W Polsce, według różnych danych i wyliczeń, do związków zawodowych należy 14 do 18 proc. wszystkich zatrudnianych, których jest 13,2 mln. Odsetek ten sukcesywnie od wielu lat spada. W 1980 roku Solidarność (pełna nazwa brzmi: Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność) była ruchem w którym uczestniczyło ok. 10 mln. ludzi. Jeszcze na początku lat 90. związek ten skupiał w swoich szeregach 2,25 mln. członków. Na dzień dzisiejszy należy do niego ledwie 750 tys. osób. Drugą co do wielkości centralą związkową jest Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), do którego należy ok. 730 tys. osób. OPZZ powstał w połowie lat 80. jako pro-reżimowy związek zawodowy. Trzecią niedawno powstałą centralą jest Forum Związków Zawodowych (FZZ), liczy ona ok. 300 tysięcy członków. Wreszcie do różnych innych związków zawodowych, których terenem działania jest często tylko jeden zakład pracy,  przynależy ok. 600 tysięcy pracowników.

Najczęściej wśród powodów spadku ilości osób uczestniczących w ruchu związkowym wymienia się zmiany w strukturze zatrudnienia. Przemysł ciężki i wydobywczy, kiedyś ostoja związków zawodowych w Polsce przestał być głównym sektorem dającym pracę. Dominującą rolę zaczęły odgrywać handel i usługi. Branże te charakteryzują się natomiast diametralnie różnymi od przemysłu sposobami organizacji pracy. Pracownicy w handlu i usługach często są rozproszeni, bardziej mobilni, działają w zdecydowanie mniejszych zespołach. Na przykład w polskim górnictwie jeszcze ok. 60 proc. pracowników należy do związków zawodowych, w handlu i usługach jedynie kilka (np. w budownictwie 3 procent).

Drugą i nie mniej ważną przyczyną, z powodu której ludzie nie zapisują się do organizacji, albo wręcz z niej odchodzą, jest spadek zaufania do związków zawodowych. Bierze się to zarówno ze skrajnego w latach 90. upolitycznienia głównych central związkowych, jak też nazbyt częstej korupcji związkowych struktur zakładowych. Wykorzystanie związków zawodowych w grze politycznej przez różnego typu ugrupowania politycznych (prawicowe i lewicowe) nie dało klasie pracującej żadnych korzyści. Prokapitalistyczne reformy zapoczątkowane w 1989 roku przyniosły masowe bezrobocie, ograniczenie przywilejów socjalnych i spadek płac robotników wykwalifikowanych i biurowych, głównej bazy związków. Nawet uznane za sukces skrócenie czasu pracy do 40 godz. tygodniowo, dokonane pod naciskiem Solidarności w 2000 roku, okazuje się fikcją. Faktycznie Polacy pracują dłużej – jak wynika z badań – po 45 godzin tygodniowo. Ponad połowa pracodawców nie przestrzega czasu pracy, a dwie trzecie narusza warunki wynagrodzenia (przeważnie nie płacąc w terminie). Od 1998 roku w polskiej gospodarce nastąpiło gwałtowne załamanie koniunktury. Poziom bezrobocia sięgną 20 proc. Generalnie położenie pracowników, których związki zawodowe powinny bezkompromisowo brać w obronę, pogorszyło się.

Liczba związkowców zatem ciągle spada, bowiem kolejne wielkie zakłady przemysłowe albo bankrutują, albo radykalnie ograniczają swoje zatrudnienie, a związki zawodowe nie potrafią przystosować się do nowych warunków, będąc jednocześnie ciągle uwikłane w politykę. W latach 2002-2003 doszło do największych od  początku upadku reżimu komunistycznego w 1989 roku fali wystąpień pracowniczych, niekiedy bardzo gwałtownych. Na przykład przez wiele miesięcy w Szczecinie tamtejsi stoczniowcy (ok. 8000 osób) protestowało w obronie swoich miejsc prac. Uznawana kiedyś za przykład prokapitalitycznej transformacji sprywatyzowana Stocznia Szczecińska zbankrutowała. Co ciekawe protest ten robotnicy zorganizowali poza strukturami oficjalnych związków zawodowych. Dzięki interwencji państwa (w 2003 roku państwo przeznaczyło 5,5 mld. euro dotacji dla upadających różnego typu przedsiębiorstw w tym przemysłu stoczniowego) udało się zachować miejsca pracy, ale działanie rządu zostały wymuszone setkami protestów społecznych w służbie zdrowia, hutnictwie, przemyśle stoczniowym i motoryzacyjnym, górnictwie i wielu innych branżach.

Płonne okazały się nadzieje elit rządzących na poprawę sytuacji na rynku pracy, chociaż od kilkunastu miesięcy znowu zaczęła wzrastać produkcja (Produkt Krajowy Brutto osiągnął 7 proc., a produkcja przemysłowa wzrosła aż o 12,3 proc.). Poprawa tych wskaźników makroekonomicznych nie znajduje odbicia w trwałym przyroście miejsc pracy. Firmy realizują większe zamówienia podnosząc wydajność pracy, która rośnie w tempie znacznie szybszym niż wzrost produkcji. W latach 90. w Polsce inwestycje zagraniczne i transfer know-how opierały się na najnowszych technologiach, przyspieszyło to tempo rozwoju technicznego i racjonalizacji, co powoduje obecnie, że wydajność rośnie  szybciej aniżeli całościowy wynik ekonomiczny. Mamy zatem do czynienia z tak zwany jobbless growth, a więc wzrostem, który nie tworzy dodatkowych miejsc pracy.

To, że w wyniku takiej sytuacji nie doszło jeszcze do ostatecznego załamania się systemu społecznego jest zarówno wynikiem niezorganizowania klasy pracującej, jak też zręcznej gry elit, które do 1 maja 2004 roku obiecywały, że po wejściu do Unii Europejskiej sytuacja ulegnie poprawie. Jak wykazują badania połowa bezrobotnych z Polski skłonna jest podjąć pracę za granicą. Napór na europejski rynek pracy ponad 1,5 miliona poszukujących pracy Polaków, u których podsycano nadzieję na zatrudnienie w UE, spędza sen z powiek zachodnim związkowcom. Analizując statystyki widać wyraźnie różnice pomiędzy „starymi” 15. krajami Unii Europejskiej, jej „nowymi” członkami i państwami oczekującymi w „kolejce” do przyjęcia. Średni poziom bezrobocia w UE wynosił w 2003 roku 8,1 proc. W większości nowo przyjętych państw poziom bezrobocia jest wyższy, zwłaszcza w Polsce i Słowacji. Podobnie pracownicy sezonowi (legalni i nielegalni), w tym także z Polski (tylko w niemieckim rolnictwie pracuje co roku ok. 500 tysięcy sezonowych robotników z Polski) postrzegani są jako – i słusznie - zagrożenie dla standardów wypracowanych przez zachodnie związki zawodowe. Problem ten dostrzegają i polskie związki zawodowe starając się co raz częściej zorganizować pomoc dla robotników wyjeżdżających do pracy na Zachodzie, widząc też w tym szansę na odbudowanie swoich struktur i prestiżu.

Jarosław Urbański

Artykuł ukazał się w szwedzkim piśmie "Arbertaren"

 

Powrót na górę